HISTORIA 21-30


Spis Treści

21.Wspomnienia Kazimierza Ziemianka
22. Gloria in excelsis Deo! – Chwała Panu na wysokościach. Chwała tym, którzy powołali do życia parafię w Łukcie.
23. Boże Narodzenie, Nowy Rok i zapusty w Dągu
24. Emerytowany ksiądz dziekan i proboszcz Kazimierz Dubowski

25. Pielgrzymka na Wschód: przez Wilno do Katynia

 

21. Wspomnienia Kazimierza Ziemianka do góry

Listopad jest miesiącem, gdy wspominamy zmarłych. Członkowie redakcji wybrali się na łukciański cmentarz, aby odwiedzić groby Władysławy Ziemianek z domu Bielak ur. 1. 06. 1921 r. i zmarłej 30. 01. 1995 roku oraz Kazimierza Ziemianka ur. 2. 12. 1923 r. zm. 30. 01. 2010 r. Odwiedziliśmy grób p. Kazimierza przede wszystkim z tego względu, że napisał on niezwykle ciekawe wspomnienia o swoim długim życiu. Są one zamieszczone w książce Jana Dąbrowskiego „Siedem wieków Łukty, 600-lecie kościoła, 50-lecie parafii Matki Boskiej Częstochowskiej”. Przekazał on je autorowi w marcu 2007 roku. Inne powody naszych odwiedzin podane są w komentarzach zamieszczonych poniżej owych fragmentów wspomnień.


Kazimierz Ziemianek

Urodziłem się 2 grudnia w 1923 roku jako pierwsze dziecko w rodzinie Franciszka i Kazimiery z domu Linder, we wsi Nowy Majdan, gmina Wojsławice, powiat Chełm, województwo lubelskie. Będąc słabego zdrowia, ochrzczony zostałem dwa dni później W kościele rzymsko-katolickim pod wezwaniem św. Trójcy w Wojsławicach. Rodzicami chrzestnymi byli Władysław Bogusiewicz i Helena Majkutewicz, mieszkańcy tej samej wsi.

Pierwsze sześć klas szkoły podstawowej ukończyłem W Nowym Majdanie, a siódmą klasę w Wojsławicach, W czerwcu 1937 roku.

Wojsławice były długą na 3 km wsią, w której mieszkało wielu Żydów, znajdował się tam kościół, synagoga i cerkiew prawosławna. Na 35 uczniów klasy siódmej przypadało 28 uczennic wyznania mojżeszowego, trójka Polaków i czworo prawosławnych. Nie było między nami żadnych antagonizmów. Nasz polonista, który był synem organisty, nie potrafił zapanować nad klasą.

Czy będzie wreszcie spokój? - zapytał, gdy po powrocie z przerwy hałasowaliśmy.

Nu, ja już panu pozwalam uczyć - odparła dziewczyna o imieniu Ryfka, mająca największy mir w klasie.

Nasz nauczyciel strasznie się zdenerwował: - Moja noga więcej u was nie postanie! - krzyknął, trzasnął drzwiami i wyszedł. Obniżył nam wszystkim oceny z języka polskiego. Miałem czworo rodzeństwa - Franciszkę ur. 1927 r., Bolesława 1930, Weronikę 1935 i Zygmunta 1937.

2 maja 1937 roku rodzice moi wyjechali z moim rodzeństwem na Wołyń, do kolonii Turówka nad Bugiem, gmina Korytnica, powiat Kazimierz Wołyński. Ja chwilowo zostałem w Wojsławicach, aby dokończyć szkołę.

Po ukończeniu przeze mnie szkoły ojciec przyszedł zabrać mnie i jałówkę na nowe miejsce. Szliśmy 45 kilometrów piechotą. Przez Bug przeprawiliśmy się promem w Horodle.

Ojciec kupił na nowym miejscu gospodarstwo za 4250 złotych kredytu, który miał spłacać do 1942 roku. Gdy zabrakło na ratę, sprzedał konia angloaraba i jałówkę. Pozostała nam tylko krowa, nie było więc czym obrabiać ziemi. Kosztowało nas to bardzo dużo trudu, aby obsiać pola. Na szczęście na pszenno- buraczanych polach zbiory okazały się znakomite i po sprzedaży nadwyżki zbóż ojciec znowu kupił konia. Pomagałem przez cały czas na gospodarstwie - orałem, kosiłem kosą zboża na polach i trawę na łąkach. 14 sierpnia 1939 roku sąsiad przyniósł ojcu kartę mobilizacyjna. 30 sierpnia, na dwa dni przed wybuchem wojny, ojciec pożegnał się z nami i tego samego dnia, wcielony do Armii Kraków, znalazł się 6 km od przedwojennej granicy, blisko Śląska (jego niemieckiej części).

Gdy wojsko polskie zaczęło się cofać przez Łańcut do Zaleszczyk, ojciec był woźnicą na wozie, którym wieziono kasę jego kompanii. Przed Zaleszczykami Sowieci odcięli dostęp do granicy i przewieźli wszystkich żołnierzy do obozu Szepietówka, przy trasie Lwów - Kijów. Ojciec znał język rosyjski, więc po ucieczce łatwiej było mu się przemieszczać pośród Ukraińców i Rosjan. Na Wszystkich Świętych powrócił do domu w mundurze, gdy byliśmy pod panowaniem Rosjan, ponieważ już w pierwszych dniach drugiej połowy września 1939 roku na nasze tereny wkroczyła Armia Czerwona. Zapędziła się aż nad rzekę Wieprz, aby wycofać się zaraz na linię Bugu, jak było to uzgodnione wcześniej z Niemcami. Żołnierze rosyjscy nosili czapki czubatki z czerwona gwiazdą i długie szynele.

We wsiach utworzono tzw. sielsowiety (rady wiejskie). Wszystkich odwiedzał sekretarz rady, objaśniał nowe porządki i wzywał na zebrania. Nie mając widocznie zaufania do Niemców, Rosjanie zaczęli umacniać prawy brzeg Bugu. 300 m na wschód od rzeki budowano kanały przeciwczołgowe, które od wschodniej strony miały 4m głębokości.

21 czerwca 1941 roku o piątej rano Niemcy uderzyli na Rosję. Przed dziewiątą byli już w Łucku. Po ich wejściu nastąpiła pustka; w głębokim terenie rządziła UPA (Ukraińska Powstańcza Armia), która w późniejszych latach dokonywała rzezi Polaków mieszkających na wsiach Wołynia.

Niemcy obsadzili swoimi ludźmi najważniejsze stanowiska w administracji, na przykład starostów. Od razu opanowali gospodarkę, głównie chodziło im o rolnictwo i leśnictwo. Zatrudnili tych samych miejscowych ludzi, którzy w tych działach gospodarki pracowali wcześniej. Z ich polecenia lokalne urzędy przygotowywały listy młodych ludzi do wywiezienia na roboty do Niemiec.

W drugiej połowie kwietnia 1942 roku całą moją grupę wytypowanych na roboty zawieziono do Kazimierza Wołyńskiego. Zakwaterowano nas w budynkach dawnych koszar polskiej artylerii. Zrobili nam tam zdjęcia i wydali ausweisy na wyjazd. Jechaliśmy w wagonach towarowych z Włodzimierza przez Uściług, Hrubieszów i Zamość do Łodzi Fabrycznej. Tam poddano nas dokładnej dezynfekcji (moja czarna kurtka od tego zbrązowiała) i skierowano do łaźni. Dezynfekcję wykonywali polscy jeńcy wojenni. Potem przejęła nas obsługa niemiecka. Załadowano nas do wagonów osobowych i już wkrótce przekroczyliśmy dawną niemiecko-polską granicę. Dowieziono nas do Hamburga i tam rozdzielono na grupy według zapotrzebowania poszczególnych Arbeitsamtów (Biur Pracy). Na początku maja znaleźliśmy się w miejscowości Stade, a potem, piątego, w Buholtz. Tam trafiliśmy na coś w rodzaju targu niewolników. Bauerzy podchodzili do nas i wybierali robotników według wzrostu. Trzymałem się ze świętej pamięci, trzy lata starszym kolegą, Józefem Hamondą, byłym komendantem ,,Strzelca“ na Wołyniu, którego wybrała frau Aldag z miejscowości Botershem, ponieważ był dobrze zbudowany. Starał się zejść jej z widoku, ale ta uparcie podążała za nim, zatrzymywała, oglądała jego mięśnie i zęby. Poddał się i wskazał na mnie: Mam kuzyna - powiedział. Podobnie, jak było w jego przypadku, frau Aldag obejrzała moje ręce i zęby. Trafiliśmy do niej obydwaj. Jej mąż, nazywany komunistą, walczył na froncie wschodnim.

Pracowali już u niej dwaj jeńcy wojenni pochodzący z Łodzi, Wacek i Władek. Ostrzegali nas przed tą jedzą, jak ją nazywali, i przed jej trójką dzieci, które miały być gorsze od matki. Jedynym waszym przyjacielem będzie Liuou, owczarek niemiecki - dodali. I rzeczywiście, pies chodził za nami wszędzie, w niedziele zabieraliśmy go nad jezioro. Chciał nawet dzielić sie z nami jedzeniem, które dostawał, przynosząc nam kawałki chleba, kości itp. Doprowadzało to do furii naszą gospodynię.

Zanim przystąpiliśmy do pracy, otrzymaliśmy ,10 przykazań“, jak się mamy zachowywać: słuchać niemieckiego pana, nie podnosić na niego (nią) ręki, wykonywać polecenia, nie łączyć się z krwią niemiecką poprzez kontakty intymne itd.

W pracy Józek pomagał gospodyni doić krowy, w niedzielę doił je sam. Nie nadążał z robotą, bo stado było bardzo duże. Ja pomagałem mu karmić konie i wykonywałem inne prace.

We wsi znajdowały się cztery średniej wielkości gospodarstwa rolne i jeden wielki majątek ziemski. W majątku pracowali jeńcy wojenni i dwójka volksdeutschów z Poznańskiego. On pracował jako robotnik rolny, a jego szwagierka jako pokojówka. Przebywali tam na prawach robotników niemieckich i nie musieli, tak jak my, nosić naszywki z literą P. Zapraszali nas do siebie, ale po zmroku. W dzień udawali, że nas nie znają. Oni i jeńcy wojenni mówili, że u naszej gospodyni nie wytrzymamy. Zaczęliśmy im wierzyć, jako że po jeńców przychodził o siódmej wieczorem wachman, aby ich zabrać do obozu, a my musieliśmy pracować do nocy, bywało, że kolację jedliśmy o 21.

Józek jako pierwszy zaczął udawać chorego. Powiedział, że w ,,Strzelcu“ przechodził szkolenie, jak symulować chorobę. Dodał też, ze potrafi wytrzymać bez jedzenia i picia przez 5 dni. Oznajmił frau Aldag, ze nie może jeść. Ta chciała go złamać i zakazała podawać mu jedzenie i picie przez cały tydzień. Musiałem za niego wykonywać wszystkie prace. Nie zgodziłem się tylko doić krów, po każdym dojeniu wstawiałem bańki z mlekiem do wanny z wodą. Przemycałem dla Józka mleko i codziennie po jednej kanapce. Mówiłem: Józek, ty wykitujesz. On mnie uspokajał: Wytrzymam. Po kilku dniach został wysłany do lekarza, a ten, widząc jego stan, skierował go do specjalisty partyjnego. Był nim młody lekarz, który stwierdził, że mój kolega został zagłodzony. Skierował go do pracy w ogrodzie u swojej ciotki, która miała tylko trzy krowy. Dał nawet Józkowi pieniądze na przejazd pociągiem.

Na nowym miejscu traktowano Józka jak człowieka, z kolei ja zaś byłem u kresu sił. Wiedziałem o jego sytuacji, ponieważ pracowaliśmy niedaleko od siebie, w odległości 5 km, i spotykaliśmy się od czasu do czasu. Na miejsce Józka frau otrzymała robotnika niemieckiego, który nie chciał doić krów. Gdy ja również odmówiłem wykonywania tej pracy, gospodyni rzuciła się na mnie ze szczotką. Aby ją uspokoić, chwyciłem ją za klapy i po chwili uciekłem do sołtysa, aby poprosić go o pomoc. Jego żona spytała – Jadłeś kolację? Ją wszyscy znają z tego, że znęca się nad jeńcami - dodała.

Dzięki jej wstawiennictwu sołtys skierował mnie do pracy w Wistedt, na gospodarstwie frau Benken. Co drugi dzień ładowałem na wóz bańki z mlekiem i woziłem je do mleczarni. Tam musiałem dostosować się do szybkości przesuwu na wałkach i opróżnić je wszystkie w czasie zaledwie 10 minut. Nadzorca ponaglał mnie kopniakami. Bańki były 20 litrowe, a ich ostre kanty kaleczyły mi dłonie. Były ponumerowane i nie można było ich ustawiać dowolnie. Zimą po tym wysiłku pot wysychał na mnie na mrozie. O dziwo, tylko dwa razy złapałem katar. Pracowałem u frau Benken do 16 kwietnia 1944; następnie u Heinricha Stemmanna W Heidenau do 21. sierpnia 1944 roku, a ostatnim moim pracodawcą był Hans Egon Heerdes z Konigsmoor, u którego dotrwałem do końca wojny. Warunki pracy były lepsze i gorsze, ale przez cały ten czas czułem się jak niewolnik.

Kazimierz Ziemianek, Łukta, marzec 2007 rok

Komentarz 1.
W roku 1931 w Polsce żyło 20,7 miliona katolików wyznania rzymskiego i ormiańskiego, 3,8 mln wyznawców prawosławia, 3,3 mln grekokatolików, 3,1 mln wyznawców judaizmu i 0,8 mln protestantów. Ciekawe jest to, że Żydzi nie byli uznawani za mniejszość narodową, ale za obywateli polskich wyznających judaizm. Dlatego nauczanie w szkole w Wojsławicach, do której uczęszczał autor wspomnień, prowadzone było w języku polskim, podobnie jak w szkołach na terenie całego kraju. Poziom analfabetyzmu województwie lubelskim wynosił wówczas 24,6% i był zbliżony do średniej krajowej – 23,1%.

Komentarz 2, autorstwa Jana Dąbrowskiego
Wspomnienia ś.p. Kazimierza Ziemianka są niezwykle cenne. Miałem ogromne szczęście, że zechciał on je przekazać do mojej książki. Szkoda, że nie doczekał odkrycia dokonanego w niedalekim Komorowie, gdzie podczas prowadzenia wykopów pod fundamenty budynku Fermy Hodowli Ryb Szlachetnych odsłonięto bardzo płytko zakopane szkielety mężczyzn, kobiet i dzieci z przestrzelonymi czaszkami (do obozów pracy ściągano nawet chłopców w wieku 12 lat). W tym zbiorowym grobie nie było żadnych ubrań; najwidoczniej oprawcom zależało na tym, aby nie można było określić narodowości zamordowanych ludzi. Mogli to być Polacy, gdyż na dawne Prusy Wschodnie sprowadzano pracowników przymusowych (a także jeńców) z regionu białostockiego. Wypowiadałem się na ten temat w Gazecie Olsztyńskiej. Z pewnością dużo więcej na ten temat mógłby wówczas powiedzieć pan Kazimierz, ale niestety już nie żył. Komorowo, w którym znajdował się skoszarowany obóz pracy, wchodziło w skład Zespołu PGR Ramoty, gdzie p. Kazimierz przez długie lata pracował w administracji.

Uwagi Redakcji
W niedalekich Zawadach w pobliżu Starych Jabłonek powojenne władze powiatu ostródzkiego zleciły postawienie pomnika w miejscu, gdzie konwojenci niemieccy w nocy z 20 na 21 stycznia 1945 roku rozstrzelali grupę jeńców wojennych z tzw. Obozu Przejściowego z Działdowa. Zdaniem naszej redakcji na miejscu kaźni w Komorowie lub w pewnym oddaleniu od tego miejsca (może we wsi) powinien stanąć krzyż z tablicą upamiętniającą anonimowe ofiary zbrodni. Propozycję naszą zostawiamy do przemyślenia naszym samorządowcom i władzom kościelnym.

 

22. Gloria in excelsis Deo! – Chwała Panu na wysokościach. Chwała tym, którzy powołali do życia parafię w Łukcie. do góry


Powitanie obrazu NMP

W numerze 11/2016 naszego pisma pisaliśmy o bardzo trudnych początkach życia religijnego w Łukcie. Pierwszy proboszcz naszej niezależnej parafii, ksiądz Alojzy Golubski napisał w roku 1957 w kronice kościelnej, że jego świątynia została w 1945 sprofanowana, zniszczona i opuszczona. Pisaliśmy także, że miejscowe władze przez wiele lat ograniczały możliwości uprawiania praktyk religijnych. Sytuacja zmieniła się dopiero po październikowej odwilży z 1956 roku po wyjściu Władysława Gomółki z więzienia i zrehabilitowaniu go w roku 1957. W międzyczasie Gomółka doprowadził do uwolnienia kardynała Stefana Wyszyńskiego, który w grudniu 1956 roku powrócił do Warszawy. Przed wyborami do sejmu w 1957 roku episkopat na czele z kardynałem poparł Władysława Gomółkę i wezwał Polaków do udziału w głosowaniu. Kardynałowi leżało na sercu dobro Kościoła w całym kraju, a szczególnie na tak zwanych „terenach odzyskanych”, na których osiedlili się przybysze z Kresów Wschodnich, Mazowsza, z Poznańskiego, ze Śląska itd. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że przede wszystkim wiara rzymsko katolicka, przy jednoczesnym poszanowaniu mniejszości religijnych, może zjednoczyć sponiewierany wojną naród.


Ks. Ludwik Białek

Ksiądz Ludwik Białek, który objął parafię w Łukcie 10 marca 1958 roku, wyremontował wnętrze, dach kościoła, ołtarz, chór i ambonę. Szczególnie trafną decyzją tego kapłana, inspirowanego zapewne przez przełożonych, było sprowadzenie do Łukty 12 kwietnia 1959 roku pięknego obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej namalowanego przez Bolesława Rutkowskiego. Ten wybór nie był przypadkowy – na Kresach Wschodnich (Matka Boska Ostrobramska, Matka Boska Nowogrodzka itd.) a także w wielu innych regionach Polski Matka Boża przyciągała tłumy wiernych.


Parafianie z gminy Łukta

I pomyśleć, że w mocno zlaicyzowanej początkowo Łukcie powstał silny ośrodek wiary katolickiej, na tyle silny, że stał się on siedzibą dekanatu liczącym pięć parafii: parafia MB Częstochowskiej - Łukta, parafia św. Antoniego - Florczaki, parafia św. Jana Ewangelisty – Nowe Kawkowo, parafia Narodzenia NMP – Skolity i parafia św. Marii Magdaleny – Wrzesina. Chwała tym, którzy tego dokonali.

Szkoda tylko, że bez echa przeszła 60-ta rocznica powołania do życia niezależnej parafii rzymsko katolickiej w Łukcie.


Kardynał Stefan Wyszyński w Ostródzie,
z prawej bp. Tomasz Wilczyński,
z lewej ks. Józef Mańkowski

29 kwietnia 1958 roku tłumy wiernych z Olsztyna, Ostródy i okolic powitały prymasa Polski w Gietrzwałdzie przy specjalnie dla niego zbudowanej bramie. Z tamtych dni pochodzi też powyższe zdjęcie. O kardynale opowiedział mi stojący obok niego ksiądz Józef Mańkowski, który w ostródzkim „Ogólniaku” uczył nas religii. Widujemy się co jakiś czas na spotkaniach absolwentów. Młodziutki Józef wraz z grupą ministrantów przy parafialnym kościele św. Pawła w Lublinie miał okazję spotkać się z przyszłym prymasem Polski, wówczas biskupem lubelskim. A że wszyscy oni ubrani byli w purpurowe szaty, to biskup zwrócił się do nich ze słowami: „Witam was, moi kardynałowie”. Ksiądz Józef, obecnie emeryt obdarzony ogromnym poczuciem humoru, twierdzi, że „objawił” swoim kolegom w Lublinie po owym spotkaniu następującą wieść: „To on zostanie kardynałem”. Według niego kardynał Stefan Wyszyński był człowiekiem ciepłym, uprzejmym ale stanowczym i wytrwałym. Świetnie znał marksizm. Któregoś dnia odwiedził w szpitalu ciężko chorego pacjenta, wyznawcę tej ideologii. Podczas spokojnej, ale bardzo rzeczowej dyskusji przekonał go do wyspowiadania się z grzechów i przyjęcia komunii. Z pewnością takich nawróceń było bardzo wiele. Ksiądz Józef Mańkowski odbył studia w Seminarium w Olsztynie razem z księdzem Józefem Molitorisem, który objął parafię Łukta 16 czerwca 1961 roku w obecności księdza dziekana Wacława Hipsza oraz ustępującego ze stanowiska ks. Ludwika Białka.


Ks. Inf. Wacław Hipsz i bp. Tomasz Wilczyński;

z dziećmi z prawej s. Irena

Bardzo wielki wkład w zorganizowanie i podniesienie na odpowiednio wysoki poziom życia religijnego w parafii łukciańskiej wnieśli biskup olsztyński Tomasz Wilczyński oraz ksiądz infułat Wacław Hipsz z Parafii Niepokalanego Poczęcia NMP z Ostródy. Dekretem prymasa Polski z 1 grudnia 1956 roku biskup Wilczyński został mianowany ordynariuszem Diecezji Warmińskiej. To on ustalił nowy podział administracyjny tej diecezji na dekanaty. Z kolei ksiądz infułat Wacław Hipsz sprawował bezpośredni nadzór nad naszą parafią.

 

 

 

 

 

23. Boże Narodzenie, Nowy Rok i zapusty w Dągu do góry

Przygotowania do świąt Bożego Narodzenia rozpoczynały się kilka tygodni wcześniej. Po świniobiciu mężczyźni wyrabiali kiełbasy i szynki do wędzenia, tydzień przed świętami kobiety zaczynały pitrasić w wielkich garnkach bigos - w piwnicach każdego domy znajdowały się dębowe beczki z kiszoną kapustą - do kapusty dodawano skrojoną kiełbasę, kawałki słoniny, suszone grzyby i śliwki oraz pieprz i sól. Dobry bigos musiał się warzyć na małym ogniu przez trzy dni. Ciasta gospodynie piekły w dużych ceglanych piecach służących na co dzień do wypieku chleba. W niektórych domach piece te zachowały się do dnia dzisiejszego i są niekiedy używane. W każdym z nich mieściły się cztery duże i dwie małe blachy do pieczenia.

Choinkę dzieci stroiły w dniu Wigilii. Z braku gotowych ozdób przyozdabiały ją wykonanymi w domu łańcuchami z kolorowego papieru, papierowymi aniołkami, kolorowymi jabłkami itp. Do stołu zasiadano wraz z pojawieniem się na niebie pierwszej gwiazdy. Pod obrusem gospodarz kładł garść pachnącego siana. Na stół podawano 12 potraw - były to na ogół śledzie, karpie i inne ryby w różnych postaciach, pierogi z kapustą i grzybami, uszka z czerwonym barszczem. Przed posiłkiem, jak to się w niemal wszystkich polskich domach dzieje, dzielono się opłatkiem. Następnego dnia opłatek i siano spod obrusa podawano do zjedzenia zwierzętom w oborze. Zagadkowy obyczaj zachował się w domu Grędzińskich. W Wigilię seniorka rodziny, Sabina, rzucała mocno rozgotowanym grochem w sufit i liczyła, ile ziaren się przylepiło. Miało to wróżyć ilość pomyślnych miesięcy w nadchodzącym roku (?). Przed północą, kto mógł, udawał się na pasterkę do Łukty. Kościół huczał od kolęd.

W święta goszczono się - pierwszego dnia Pawełczykowie odwiedzali Grędzińskich, Rojewscy Wiszowatych, następnego dnia składano rewizyty. Odwiedzano krewnych w sąsiednich wsiach, zasadą jednak było, że młodsi, którzy już odeszli „na swoje", przychodzili na Wigilię lub w święta do swoich rodziców i dziadków.

Okres karnawału zwano po staropolsku zapustami. Po domach chodzili przebierańcy - psotny diabeł z twarzą pomalowaną sadzą, z ogonem i rogami, śmierć z kosą, anioł, król Herod, wszyscy oni ze śmiechem i docinkami odgrywali różne scenki i przymawiali się o łakocie. Często przygrywał im na harmonii Stanisław Giera z Molzy. Psociły starsze dzieci i młodzież, szczególnie W Nowy Rok, gdy tu i tam pomalowały szyby okien farbą olejną - często następnego dnia gospodarze znajdowali bramy ogrodzeń, a nawet wozy konne porzucone w strudze. Przed środą popielcową dzieciaki po kryjomu wysypywały popiół w korytarzach domów. Na spotkaniach zapustnych cała wieś biesiadowała w jednym domu. Zabawy sylwestrowe i zapustne odbywały się w wiejskiej świetlicy.

W długie zimowe wieczory kobiety i dziewczyny łuskały fasolę, wysypywały mak z makówek, darły pierze z gęsi lub przędły wełnę. Mistrzynią w tej ostatniej czynności była Mazurka Henrieta Szaraina, robiąca to zarobkowo. Posiadała kilka drewnianych kołowrotków napędzanych nogą. Gdy wychodziła z domu na dłuższą chwilę, jej brat Adolf wpuszczał dziewczyny, aby mogły poćwiczyć na kołowrotkach. Po powrocie Henrieta z udawanym gniewem strofowała je: Ale wy, jo, psioruny, już żeśta napsociły. Dziewczęta po jakimś czasie opanowały sztukę przędzenia. Najdłużej zajmowała się tym w późniejszych latach Donata Wójcik, z domu Wiszowata.

Adolf Szaraina w zamian za papierosy wyrabiał saboty z drewna olchowego nazywane przez dzieci ,,klumpami". Na specjalne zamówienie mocował od spodu po dwa wzdłużne grube druty, aby dzieci mogły się ślizgać jak na łyżwach. Tak też się działo - dzieciaki ślizgały się po zamarzniętych rozlewiskach całymi dniami, nawet przy księżycu. Po jakimś czasie zaczęły pojawiać się w Dągu prawdziwe łyżwy i sanki.

Dzieci lubiły zimę, ponieważ był to czas, gdy dziadkowie mieli dla nich więcej czasu. Babcie doiły krowy, gotowały obiady, rodzice pracowali w obejściu lub w lesie, a dziadkowie opowiadali wnukom o swoim życiu, pokazywali im, jak wystrugać łódkę z kory lub zbudować budkę dla ptaków.

24. Emerytowany ksiądz dziekan i proboszcz Kazimierz Dubowski do góry

Wszyscy wiemy, że ksiądz senior Kazimierz Dubowski obchodzi swoje imieniny 4 marca w dniu otwarcia słynnych jarmarków wileńskich zwanych „Kaziukami Wilniukami”. To litewskie i polskie święto, połączone z uroczystościami religijnymi, obchodzone było w Wilnie od początków XVII wieku, po tym jak w roku 1602 papież Klemens VIII ogłosił królewicza Kazimierza Jagiellończyka świętym. (Jego ojcem był król Kazimierz IV Jagiellończyk, a matką Elżbieta Rakuszanka z Habsburgów). Z okazji kanonizacji, która miała miejsce w katedrze wileńskiej we wspomnianym 1602 roku otwarto grób królewicza. Okazało się, że jego ciało po 118 latach pozostało nienaruszone. U wezgłowia znaleziono napisany na pergaminie hymn Omni die dic Mariae – Każdego dnia sław Maryję. Od 1636 roku święty Kazimierz jest głównym patronem Litwy, a od 1948 także młodzieży litewskiej, zgodnie z wolą papieża Piusa XII. Święto to jest również obchodzone w całej Polsce, szczególnie uroczyście i radośnie na tych terenach, które po wojnie zasiedlili przybysze z Wileńszczyzny. W Łukcie uroczystości miały miejsce już 24 lutego.

Redakcja naszej gazety składa z tej okazji spóźnione, ale serdeczne życzenia zdrowia i długich lat życia naszemu proboszczowi „w stanie spoczynku”, księdzu Kazimierzowi Dubowskiemu, dziękując jednocześnie za wszystkie dokonania i niezwykle ofiarną pracę na rzecz całej naszej parafii. Biorąc pod uwagę fakt, że zmarły w roku 1484 roku w Grodnie w wieku zaledwie 26 lat królewicz Kazimierz jest między innymi patronem tych wszystkich, którzy poświęcają się służbie publicznej, łatwo zrozumieć, dlaczego ksiądz Kazimierz jako swoje powołanie wybrał kapłaństwo.

Ksiądz Kazimierz urodził się 11 października 1936 roku w Nurwiańcach – małej miejscowości w gminie Dryświaty, w powiecie Brasławskim wchodzącym w skład województwa Wileńskiego. W roku 1940, po zajęciu tych terenów przez Rosjan, Wileńszczyzna, za wyjątkiem Wilna, które wraz z najbliższymi okolicami zostało wcielone do Litwy, została przyłączona do Sowieckiej Republiki Białoruskiej. Te zmiany terytorialne przetrwały do naszych czasów – Brasławszczyzna znajduje się obecnie na terenie Białorusi. Należy dodać, że na początku II Wojny Światowej w powiecie brasławskim mieszkało ponad 4000 Żydów; stanowili oni ponad połowę ludności. Stosunki pomiędzy Polakami i Żydami układały się dobrze.

W Nurwiańcach ksiądz Kazimierz ukończył pierwsze trzy klasy szkoły podstawowej, następnie uczył się w Karasinach, a do szkoły średniej uczęszczał w Turmontach. W Wilnie rozpoczął studia na wydziale polonistyki. W roku 1957 przyjechał do Polski i ukończył studia na Wyższym Seminarium Duchownym „Hosianum” w Olsztynie. 9 lipca 1989 roku objął naszą parafię po księdzu Romualdzie Szczecińskim, który przeszedł na emeryturę.

Jego wkład w podniesie życia religijnego w naszej parafii na wyższy poziom zarówno w sensie materialnym jak też duchowym był ogromny. W latach 1997 – 1999 wybudował w Mostkowie kaplicę pod wezwaniem Matki Boskiej Ostrobramskiej. Kamień węgielny pod tę świątynię pobłogosławił papież Jan Paweł II w Gnieźnie. Wybór patronki nie był przypadkowy; za każdym razem, gdy ksiądz Kazimierz odwiedzał Wilno, udawał się do kaplicy na Ostrej Bramie, a podczas pielgrzymki w lipcu 2004 roku odprawiał w niej mszę.

Od 2000 roku nadzorował rozbudowę łukciańskiego cmentarza i zdobył fundusze na jego solidne ogrodzenie. Dbał o przydrożne kapliczki. W roku 2002 ufundował naszemu kościołowi dwa piękne witraże przedstawiające świętego Wojciecha i świętego Stanisława, wykonane w pracowni witrażowej w Toruniu. Tych inicjatyw było bardzo wiele.

Nie można nie wymienić niezwykle poruszających doznań duchowych, które przeżywaliśmy podczas uroczystych obchodów 600-lecia kościoła łukciańskiego oraz 50-lecia naszej parafii katolickiej w roku 2007, a także podczas wizyty Wielkiego Mistrza Zakonu Krzyżackiego, biskupa Bruno Platera w lipcu 2010 roku, z okazji 600-lecia bitwy pod Grunwaldem.

Ksiądz Kazimierz ma wspólnych przodków z biskupem Ignacym Dubowskim, ordynariuszem Diecezji Łucko-Żytomierskiej w latach 1916-1925, prześladowanym przez bolszewików, późniejszym doradcą papieża Piusa XI do spraw wschodnich, zmarłym w Rzymie w roku 1953 i pochowanym na cmentarzu Campo Verano.

Obydwaj pochodzimy z Kresów Wschodnich przedwojennej Polski, z tym, że moim miejscem urodzenia były Kiwerce na Wołyniu. Ksiądz Kazimierz zaprosił mnie w czerwcu 2003 roku na pielgrzymkę właśnie na Wołyń i do Lwowa. Skwapliwie z tego zaproszenia skorzystałem. Owocem naszych pielgrzymek jest wydana pod moją redakcją w 2007 roku zbiorowa książka „Olsztyńscy Brasławianie”. Znaleźć ją można w łukciańskiej bibliotece. Mimo, że przytrafiły się w niej pewne błędy redakcyjne, to zachęcam do jej lektury.

 

 

 

 

25. Pielgrzymka na Wschód: przez Wilno do Katynia do góry

Przez większość lat mojego życia wrześniowe rocznice wybuchu największej wojny w dziejach świata, tak tragicznej dla naszego kraju, obchodzone były tak, jakby na Polskę napadł tylko jeden wróg - Niemcy. Na 17 września 1939 roku, datę wejścia armii sowieckiej na wschodnie tereny naszego kraju opuszczana była zasłona milczenia, mimo że atak ten przyniósł ludności zamieszkującej te tereny ogromne cierpienia - wywózki na Syberię, wyniszczenie i śmierć. Szczególnie tragiczny był los wziętych do niewoli polskich oficerów. Ponad 130 tysięcy jeńców wojennych przekazano zgodnie z rozkazem Ławrentija Berii w ręce NKWD. Większość zwykłych żołnierzy przekazano Niemcom lub uwolniono, natomiast około 9 tysięcy oficerów rozmieszczono w obozach w Kozielsku, Ostaszkowie i Starobielsku. W tym ostatnim obozie uwięziono ponadto większość z 6 tysięcy oficerów Korpusu Ochrony Pogranicza. Już wkrótce listy od większości z nich przestały przychodzić do ich rodzin, a ślad po jeńcach zaginął.

13 kwietnia 1943 roku Niemcy ogłosili, że w lasach pod Katyniem, blisko Smoleńska znajdują się masowe groby polskich oficerów. Wiele ofiar katów z NKWD udało się zidentyfikować, jednak los i miejsce pochówku pozostałych do tej pory jest nieznany. Prawdę o jeńcach sowieci usiłowali ukryć, a to zrzucając winę na Niemców, a to zasłaniając się niewiedzą i brakiem dokumentów.

W podróż do tego miejsca kaźni wybraliśmy się z inicjatywy pani Marii Hanuszek, przewodniczącej Olsztyńskiego Stowarzyszenia Brasławian i księdza Kazimierza Dubowskiego z Łukty. Nastąpiło to wczesnym rankiem 12 lipca 2004 roku. Po drodze zatrzymaliśmy się w Olecku, gdzie dołączyło do nas kilkoro pielgrzymów, a ksiądz infuat Edmund Łagód podjął nas śniadaniem.

Pod Ostrą Bramę w Wilnie dotarliśmy po południu. Słynący łaskami i uzdrowieniami wizerunek Matki Boskiej Ostrobramskiej namalowany w XVI wieku na dębowych deskach pokrytych kredowym podkładem przyciąga pielgrzymów z bardzo wielu krajów, ale najwięcej ich przybywa z Litwy i Polski. Tak było i tym razem - podczas mszy odprawianej przez sześciu księży z naszej pielgrzymki kaplica zapełniła się wiernymi, którzy modlili się do Matki Bożej w kilku językach.

Obraz przechodził różne koleje losu: w roku 1702 strzelał do niego szwedzki żołdak, W 1715 uratowano go z pożaru przenosząc do murowanego kościoła św. Teresy. Koronacja obrazu, potwierdzająca jego kultową rangę odbyła się 2 lipca 1927 roku. Do Matki Boskiej Ostrobramskiej kierowane były żarliwe modlitwy oraz poetyckie uniesienia, jak te z Inwokacji z „Pana Tadeusza” Adama Mickiewicza : „Panno Święta, co Jasnej bronisz Częstochowy i w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem! Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem, (gdy od płaczącej matki pod Twoją opiekę ofiarowany martwą podniosłem powiekę...)

Podobnie jak Mickiewicz, pielgrzym z Olecka, podeszły wiekiem kresowianin, podczas mszy dziękował Jej z płaczem za uzdrowienie. Ileż te spotkania z Matką Bożą przynoszą wzruszeń. Z kaplicy nad Ostrą Bramą udaliśmy się w deszczu do kościoła Świętego Ducha zwanego również kościołem dominikańskim. Zbudowany w swoim obecnym kształcie stoi na miejscu jednego z dwóch pierwszych kościołów katolickich Wilna ufundowanych w 1323 roku przez Giedymina. Ta pierwsza drewniana świątynia została prawdopodobnie zniszczona przez pożar. W roku 1408 na jej miejscu Wielki Książę Witold wzniósł świątynię pod wezwaniem Świętego Ducha. Po kolejnych pożarach powstała budowla, która istnieje do dzisiaj. W jej wnętrzu znajduje się 16 rokokowych ołtarzy. Autorem głównego z nich i dwóch sąsiednich jest Franciszek Ignacy Hoffer. Kościół jest słynny z obrazu Miłosierdzia Bożego, przy którym w 1993 roku modlił się Ojciec Święty Jan Paweł II. Obraz został namalowany przez Eugeniusza Kazimirowskiego zgodnie z widzeniem świętej Faustyny Kowalskiej z 1931 roku: ,,Ujrzałam Pana Jezusa ubranego w szacie białej. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa wielkie promienie, jeden czerwony, a drugi blady. ...” Siostra Faustyna nie była zadowolona z obrazu - czy to malarzowi zabrakło talentu, czy też jej widzenie było tak piękne, że nikt nie byłby w stanie oddać go wiernie. Po zniszczeniach spowodowanych wojną obraz został przemalowany przez Litwina Filipavicziusa. W roku 2000 Jan Paweł II kanonizował św. Faustynę w Niedzielę Przewodnią, który to dzień ogłosił świętem Miłosierdzia Bożego.

Następnego dnia przed południem podziwialiśmy panoramę Wilna z sali widokowej na wieży telewizyjnej i odwiedziliśmy cmentarz na Rossie. Były to krótkie wizyty, ponieważ jeszcze tego samego dnia musieliśmy dotrzeć do Smoleńska. Przejechaliśmy przez całą Białoruś, także przez Mińsk. Ogłoszony przez Niemców twierdzą wojenną został on podczas zaciekłych walk zniszczony w 80%. Stolica Białorusi została z ogromnym rozmachem odbudowana; także teraz jest to wielki plac budowy. Jeśli nawet komuś nie podoba się jej klasycystyczna monumentalna architektura, to musi przyznać, że miasto jest czyste, dobrze utrzymane i robi dobre wrażenie.

Jadąc autostradami(!) widzieliśmy wokół dobrze uprawione pola i ogromne łany zbóż. Dopiero w drodze powrotnej, gdy zboczyliśmy z głównych tras, natrafiliśmy na biedne wioski i poletka uprawiane archaicznymi metodami. No cóż, takie kontrasty są niemal wszędzie, u nas także ich nie brakuje. Do motelu pod Smoleńskiem dotarliśmy wieczorem.

Nazajutrz rano udaliśmy się do górującego nad miastem słynnego soboru katedralnego Wniebowzięcia Matki Bożej odbudowanego w latach 1677-1772 na miejscu kościoła Wniebowzięcia zbudowanego w 1103 roku przez Włodzimierza Monomacha na cześć Matki Bożej Hodigitrii (Przewodniczki). Ten pierwszy kościół został wysadzony w powietrze wraz z jego obrońcami w roku 1611 przez wojska króla polskiego Zygmunta III po dwudziestu miesiącach oblężenia Smoleńska. Na zewnętrznej ścianie katedry, przy wejściu umieszczona jest tablica ku czci obrońców katedry, wolności i prawosławia przed polskimi najeźdźcami. Katedra jest zwieńczona pięcioma kopułami o złocistych szczytach świecących w słońcu bijącym w oczy światłem. Architektura wnętrza to kompozycja starego rosyjskiego stylu i baroku z 18 wieku. Cztery podpierające strop kolumny dzielą wnętrze na trzy nawy. Główny ołtarz dedykowany jest zaśnięciu Matki Bożej. Największą świętością jest w katedrze ikona Matki Bożej Hodigitrii z XVI wieku. Legenda głosi, że jej pierwszy wizerunek nakreślił apostoł Łukasz. Jest ona kopią cudownej ikony bizantyjskiej. Zanim znalazła się w Smoleńsku, car Borys Godunow polecił przyozdobić nią jedną z bram Kremla. Przed bitwą z wielką armią Napoleona pod Borodino w 1812 roku modlił się przed nią marszałek M. Kutuzow i cała armia rosyjska. Bitwa z niezwyciężoną dotąd armią Napoleona pozostała nierozstrzygnięta, co zapoczątkowało klęskę Francuzów w kampanii przeciw Rosji. Zastanowić się można, jak wielką siłę ma kult Matki Bożej w krajach słowiańskich i jak wielki wpływ miał on na ich losy.

Po krótkiej wycieczce po Smoleńsku skierowaliśmy się na drogę prowadzącą do Witebska. Już po l8-tu kilometrach zaparkowaliśmy na parkingu po lewej stronie drogi, obok wejścia na katyński cmentarz. Po jego obydwu stronach znajdują się dwa pawilony w całości pokryte darniną. W tym z prawej strony mieści się Muzeum Katyńskie, a w nim rzeczy po zamordowanych - fragmenty pasów wojskowych, guziki, orzełki, a także fragmenty gazet odnoszących się do zbrodni katyńskiej.

Po opuszczeniu muzeum przechodzimy przez bramę śmierci wybierając drogę po prawej prowadzącą na polski cmentarz, tam gdzie szczątki oficerów leżą w sześciu zbiorowych grobach. Patrzące w niebo żeliwne sarkofagi i krzyże wyglądają jakby były pokryte zakrzepłą krwią - to rdza. Teren jest otoczony ścianą z 4416 inskrypcjami pomordowanych - wszystkie pokryte rdzą. Podchodzimy do żeliwnego zespołu ołtarzowego składającego się z krzyża, ołtarza i podziemnego dzwonu głoszącego, że prawdy ponoć nie można ukryć nawet pod ziemią. Na dzwonie przeczytać można słowa polskiej rycerskiej pieśni - ,,Bogurodzicy”. Ostre, jakby wwiercające się w oczy światło, surowa barwa krzyża i ołtarza, i ta cisza - mówią, że w katyńskim lesie jest tak zawsze, mówią, że tam ptaki nigdy nie śpiewają - sprawia, że zwiedzających przytłacza głuchy ból, taki jaki przynosi poezja Krzysztofa Kamila Baczyńskiego:

Poległym
Nocą, gdy ciemność jest jak zwierzę czarne,
Stoi cisza jak lęku drgający biały słup.
I żyła śmierci bije: na marne - drży - na marne,
A rano znów się potknę o rozkopany grób.

Trzeba jednak coś robić, trzeba jakoś zapanować nad przygnębieniem; nasi księża pod przewodnictwem księdza prałata Jagóda odprawiają mszę. Chyba nigdy uczestnictwo w niej i modlitwy nie przyniosły tak wielkiej ulgi.

Wiosną l940 roku rozstrzelano w Katyniu około 4500 polskich oficerów, a wcześniej, w latach trzydziestych i czterdziestych około l0 tysięcy Rosjan i obywateli radzieckich innych narodowości - byli pośród nich katolicy, wyznawcy prawosławia, muzułmanie i Żydzi. Podobno miejsce to było również czymś w rodzaju letniska dla funkcjonariuszy NKWD.

Wśród ofiar była kobieta, Janina Antonina Lewandowska, z domu Dowbór-Muśnicka córka generała Józefa Dowbór-Muśnickiego. Jako podporucznik lotnictwa w rezerwie otrzymała w sierpniu 1939 kartę mobilizacyjną. Do niewoli dostała się w rejonie Tarnopola, potem do Ostaszkowa, następnie do Kozielska, a stamtąd do Katynia, gdzie zabito ją 23 lub 24 kwietnia 1940 roku.

Cmentarz w Katyniu został utworzony, a 28 lipca 2000 roku otwarty pod auspicjami Ministerstwa Kultury Federacji Rosyjskiej oraz Rady Pamięci, Walki i Martyrologii Rzeczypospolitej Polskiej.

Po odkryciu grobów katyńskich Niemcy chcieli skompromitować Rosjan w oczach aliantów oraz skłonić polskie społeczeństwo, a w szczególności AK, do kolaboracji w wojnie przeciw Armii Czerwonej. Rosjanie z kolei próbowali obarczyć tą zbrodnią Niemców, a gdy to się nie udało - po prostu sprawę Katynia przemilczeć. Dopiero 13 kwietnia 1990 roku prezydent Michaił Gorbaczow oficjalnie potwierdził, że sprawcami tej zbrodni, jak też likwidacji oficeró ze Starobielska i Ostaszkowa byli Rosjanie. Jeńców z Ostaszkowa mordowano w więzieniu w Kalininie (Twer), a zwłoki grzebano w lesie pod Miednoje. Z kolei jeńców ze Starobielska mordowano w więzieniu NKWD w Charkowie i grzebano w pobliżu wsi Dergacze. Z braku dokładnych ustaleń, wielu z nich uważa się za zaginionych. Nie wiemy na przykład, gdzie został zamordowany i pochowany kapitan Franciszek Trzepałko, więzień obozu w Starobielsku, a przed wojną pracownik Centralnej Prokuratury Wojskowej w Warszawie. Osierocił syna Tadeusza, który z kolei zginął w obozie w Oświęcimiu. Jego żona Anna miała po wojnie ogromne trudności ze znalezieniem pracy i zdobyciem środków do życia. Kapitan był ojcem chrzestnym kuzyna mojej żony Krzysztofa Wargenaua.

Nasze stosunki z Rosjanami podczas wojny dzielą się na dwa etapy; pierwszy, gdy dokonywali oni eksterminacji naszego narodu wspólnie z Niemcami i drugi, gdy wypierali Niemców z Polski płacąc ogromną daninę krwi. Gdyby ich sojusz z Niemcami trwał przez całą wojnę, to - jak zauważył Norman Davies w „Bożym Igrzysku” - nasz naród w ogóle by nie przetrwał. Rosjanie najwyraźniej chcą, żebyśmy pamiętali o ich ofiarach w walce z Niemcami i zapomnieli o napaści Armii Czerwonej na osłabioną Polskę 17 września l939 roku. My jednak chcemy pamiętać o jednym i o drugim. Ta nasza „zła pamięć i niewdzięczność” wydaje się być największą przeszkodą w wyjaśnieniu do końca sprawy polskich jeńców wojennych.

do góry

Jan Dąbrowski

Kalendarz wydarzeń

06 Grudnia 2018

MIKOŁAJKI

11 Listopada 2018

Obchody 100-lecia odzyskania niepodległości

09 Listopada 2018

Marcin Daniec

01 Września 2018

DOŻYNKI GMINNE

19 Sierpnia 2018

Artystyczny Plener Niepodległościowy - Qltura nad wodą

07 Lipca 2018

DNI ŁUKTY

22 Czerwca 2018

Nocne granie

03 Czerwca 2018

DZIEŃ DZIECKA - plac przed GOK-iem

02 Czerwca 2018

Gminne Zawody Strażackie - festyn - stadion

02 Maja 2018

MAJÓWKA

09 Marca 2018

KONCERT 17:00

08 Marca 2018

DZIEŃ KOBIET

24 Lutego 2018

KAZIUKI WILNIUKI

13 Lutego 2018

Warsztaty kosmetyczne

02 Lutego 2018

BAL KARNAWAŁOWY

26 Stycznia 2018

TEATR - REFLEKTANKI -18:00

22 Stycznia 2018

POCZĄTEK FERII ZIMOWYCH

14 Stycznia 2018

WOŚP - finał

więcej >

Projekty

Sesje Rady Gminy

Majówkowa Wycieczka Rowerowa

Turniej Gier Komputerowych

Konkurs Plastyczny

Ochrona danych osobowych

comode secure icon


"Europejski Fundusz Rolny na rzecz Rozwoju Obszarów Wiejskich: Europa inwestująca w obszary wiejskie."
Operacja mająca na celu utworzenie Punktu Informacji Turystycznej - źródła wiedzy o gminie Łukta
współfinansowana jest ze środków Unii Europejskiej w ramach działania Wdrażanie Lokajnych Strategii Rozwoju.
Program Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2007-2013.


"Europejski Fundusz Rolny na rzecz Rozwoju Obszarów Wiejskich: Europa inwestująca w obszary wiejskie."
Operacja mająca na celu Zakup sprzętu nagłośnieniowego dla Gminnego Ośrodka Kultury w Łukcie
współfinansowana jest ze środków Unii Europejskiej w ramach działania Wdrażanie Lokalnych Strategii Rozwoju.
Program Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2007-2013.

Gminny Ośrodek Kultury w Łukcie, adres: ul. Kościelna 2B, 14-105 Łukta, godziny otwarcia: 09:00 - 19:00,
nr tel. GOK: +48 (89) 646 64 64, dyrektor: +48 (89) 642 16 20, kino: +48 508 006 019, e-mail: gok@goklukta.pl Jesteśmy na Facebook-u
autor: Grzegorz Malinowski

Comodo SSL