HISTORIA 2


21. Wspomnienia Kazimierza Ziemianka

Listopad jest miesiącem, gdy wspominamy zmarłych. Członkowie redakcji wybrali się na łukciański cmentarz, aby odwiedzić groby Władysławy Ziemianek z domu Bielak ur. 1. 06. 1921 r. i zmarłej 30. 01. 1995 roku oraz Kazimierza Ziemianka ur. 2. 12. 1923 r. zm. 30. 01. 2010 r. Odwiedziliśmy grób p. Kazimierza przede wszystkim z tego względu, że napisał on niezwykle ciekawe wspomnienia o swoim długim życiu. Są one zamieszczone w książce Jana Dąbrowskiego „Siedem wieków Łukty, 600-lecie kościoła, 50-lecie parafii Matki Boskiej Częstochowskiej”. Przekazał on je autorowi w marcu 2007 roku. Inne powody naszych odwiedzin podane są w komentarzach zamieszczonych poniżej owych fragmentów wspomnień.


Kazimierz Ziemianek

Urodziłem się 2 grudnia w 1923 roku jako pierwsze dziecko w rodzinie Franciszka i Kazimiery z domu Linder, we wsi Nowy Majdan, gmina Wojsławice, powiat Chełm, województwo lubelskie. Będąc słabego zdrowia, ochrzczony zostałem dwa dni później W kościele rzymsko-katolickim pod wezwaniem św. Trójcy w Wojsławicach. Rodzicami chrzestnymi byli Władysław Bogusiewicz i Helena Majkutewicz, mieszkańcy tej samej wsi.

Pierwsze sześć klas szkoły podstawowej ukończyłem W Nowym Majdanie, a siódmą klasę w Wojsławicach, W czerwcu 1937 roku.

Wojsławice były długą na 3 km wsią, w której mieszkało wielu Żydów, znajdował się tam kościół, synagoga i cerkiew prawosławna. Na 35 uczniów klasy siódmej przypadało 28 uczennic wyznania mojżeszowego, trójka Polaków i czworo prawosławnych. Nie było między nami żadnych antagonizmów. Nasz polonista, który był synem organisty, nie potrafił zapanować nad klasą.

Czy będzie wreszcie spokój? - zapytał, gdy po powrocie z przerwy hałasowaliśmy.

Nu, ja już panu pozwalam uczyć - odparła dziewczyna o imieniu Ryfka, mająca największy mir w klasie.

Nasz nauczyciel strasznie się zdenerwował: - Moja noga więcej u was nie postanie! - krzyknął, trzasnął drzwiami i wyszedł. Obniżył nam wszystkim oceny z języka polskiego. Miałem czworo rodzeństwa - Franciszkę ur. 1927 r., Bolesława 1930, Weronikę 1935 i Zygmunta 1937.

2 maja 1937 roku rodzice moi wyjechali z moim rodzeństwem na Wołyń, do kolonii Turówka nad Bugiem, gmina Korytnica, powiat Kazimierz Wołyński. Ja chwilowo zostałem w Wojsławicach, aby dokończyć szkołę.

Po ukończeniu przeze mnie szkoły ojciec przyszedł zabrać mnie i jałówkę na nowe miejsce. Szliśmy 45 kilometrów piechotą. Przez Bug przeprawiliśmy się promem w Horodle.

Ojciec kupił na nowym miejscu gospodarstwo za 4250 złotych kredytu, który miał spłacać do 1942 roku. Gdy zabrakło na ratę, sprzedał konia angloaraba i jałówkę. Pozostała nam tylko krowa, nie było więc czym obrabiać ziemi. Kosztowało nas to bardzo dużo trudu, aby obsiać pola. Na szczęście na pszenno- buraczanych polach zbiory okazały się znakomite i po sprzedaży nadwyżki zbóż ojciec znowu kupił konia. Pomagałem przez cały czas na gospodarstwie - orałem, kosiłem kosą zboża na polach i trawę na łąkach. 14 sierpnia 1939 roku sąsiad przyniósł ojcu kartę mobilizacyjna. 30 sierpnia, na dwa dni przed wybuchem wojny, ojciec pożegnał się z nami i tego samego dnia, wcielony do Armii Kraków, znalazł się 6 km od przedwojennej granicy, blisko Śląska (jego niemieckiej części).

Gdy wojsko polskie zaczęło się cofać przez Łańcut do Zaleszczyk, ojciec był woźnicą na wozie, którym wieziono kasę jego kompanii. Przed Zaleszczykami Sowieci odcięli dostęp do granicy i przewieźli wszystkich żołnierzy do obozu Szepietówka, przy trasie Lwów - Kijów. Ojciec znał język rosyjski, więc po ucieczce łatwiej było mu się przemieszczać pośród Ukraińców i Rosjan. Na Wszystkich Świętych powrócił do domu w mundurze, gdy byliśmy pod panowaniem Rosjan, ponieważ już w pierwszych dniach drugiej połowy września 1939 roku na nasze tereny wkroczyła Armia Czerwona. Zapędziła się aż nad rzekę Wieprz, aby wycofać się zaraz na linię Bugu, jak było to uzgodnione wcześniej z Niemcami. Żołnierze rosyjscy nosili czapki czubatki z czerwona gwiazdą i długie szynele.

We wsiach utworzono tzw. sielsowiety (rady wiejskie). Wszystkich odwiedzał sekretarz rady, objaśniał nowe porządki i wzywał na zebrania. Nie mając widocznie zaufania do Niemców, Rosjanie zaczęli umacniać prawy brzeg Bugu. 300 m na wschód od rzeki budowano kanały przeciwczołgowe, które od wschodniej strony miały 4m głębokości.

21 czerwca 1941 roku o piątej rano Niemcy uderzyli na Rosję. Przed dziewiątą byli już w Łucku. Po ich wejściu nastąpiła pustka; w głębokim terenie rządziła UPA (Ukraińska Powstańcza Armia), która w późniejszych latach dokonywała rzezi Polaków mieszkających na wsiach Wołynia.

Niemcy obsadzili swoimi ludźmi najważniejsze stanowiska w administracji, na przykład starostów. Od razu opanowali gospodarkę, głównie chodziło im o rolnictwo i leśnictwo. Zatrudnili tych samych miejscowych ludzi, którzy w tych działach gospodarki pracowali wcześniej. Z ich polecenia lokalne urzędy przygotowywały listy młodych ludzi do wywiezienia na roboty do Niemiec.

W drugiej połowie kwietnia 1942 roku całą moją grupę wytypowanych na roboty zawieziono do Kazimierza Wołyńskiego. Zakwaterowano nas w budynkach dawnych koszar polskiej artylerii. Zrobili nam tam zdjęcia i wydali ausweisy na wyjazd. Jechaliśmy w wagonach towarowych z Włodzimierza przez Uściług, Hrubieszów i Zamość do Łodzi Fabrycznej. Tam poddano nas dokładnej dezynfekcji (moja czarna kurtka od tego zbrązowiała) i skierowano do łaźni. Dezynfekcję wykonywali polscy jeńcy wojenni. Potem przejęła nas obsługa niemiecka. Załadowano nas do wagonów osobowych i już wkrótce przekroczyliśmy dawną niemiecko-polską granicę. Dowieziono nas do Hamburga i tam rozdzielono na grupy według zapotrzebowania poszczególnych Arbeitsamtów (Biur Pracy). Na początku maja znaleźliśmy się w miejscowości Stade, a potem, piątego, w Buholtz. Tam trafiliśmy na coś w rodzaju targu niewolników. Bauerzy podchodzili do nas i wybierali robotników według wzrostu. Trzymałem się ze świętej pamięci, trzy lata starszym kolegą, Józefem Hamondą, byłym komendantem ,,Strzelca“ na Wołyniu, którego wybrała frau Aldag z miejscowości Botershem, ponieważ był dobrze zbudowany. Starał się zejść jej z widoku, ale ta uparcie podążała za nim, zatrzymywała, oglądała jego mięśnie i zęby. Poddał się i wskazał na mnie: Mam kuzyna - powiedział. Podobnie, jak było w jego przypadku, frau Aldag obejrzała moje ręce i zęby. Trafiliśmy do niej obydwaj. Jej mąż, nazywany komunistą, walczył na froncie wschodnim.

Pracowali już u niej dwaj jeńcy wojenni pochodzący z Łodzi, Wacek i Władek. Ostrzegali nas przed tą jedzą, jak ją nazywali, i przed jej trójką dzieci, które miały być gorsze od matki. Jedynym waszym przyjacielem będzie Liuou, owczarek niemiecki - dodali. I rzeczywiście, pies chodził za nami wszędzie, w niedziele zabieraliśmy go nad jezioro. Chciał nawet dzielić sie z nami jedzeniem, które dostawał, przynosząc nam kawałki chleba, kości itp. Doprowadzało to do furii naszą gospodynię.

Zanim przystąpiliśmy do pracy, otrzymaliśmy ,10 przykazań“, jak się mamy zachowywać: słuchać niemieckiego pana, nie podnosić na niego (nią) ręki, wykonywać polecenia, nie łączyć się z krwią niemiecką poprzez kontakty intymne itd.

W pracy Józek pomagał gospodyni doić krowy, w niedzielę doił je sam. Nie nadążał z robotą, bo stado było bardzo duże. Ja pomagałem mu karmić konie i wykonywałem inne prace.

We wsi znajdowały się cztery średniej wielkości gospodarstwa rolne i jeden wielki majątek ziemski. W majątku pracowali jeńcy wojenni i dwójka volksdeutschów z Poznańskiego. On pracował jako robotnik rolny, a jego szwagierka jako pokojówka. Przebywali tam na prawach robotników niemieckich i nie musieli, tak jak my, nosić naszywki z literą P. Zapraszali nas do siebie, ale po zmroku. W dzień udawali, że nas nie znają. Oni i jeńcy wojenni mówili, że u naszej gospodyni nie wytrzymamy. Zaczęliśmy im wierzyć, jako że po jeńców przychodził o siódmej wieczorem wachman, aby ich zabrać do obozu, a my musieliśmy pracować do nocy, bywało, że kolację jedliśmy o 21.

Józek jako pierwszy zaczął udawać chorego. Powiedział, że w ,,Strzelcu“ przechodził szkolenie, jak symulować chorobę. Dodał też, ze potrafi wytrzymać bez jedzenia i picia przez 5 dni. Oznajmił frau Aldag, ze nie może jeść. Ta chciała go złamać i zakazała podawać mu jedzenie i picie przez cały tydzień. Musiałem za niego wykonywać wszystkie prace. Nie zgodziłem się tylko doić krów, po każdym dojeniu wstawiałem bańki z mlekiem do wanny z wodą. Przemycałem dla Józka mleko i codziennie po jednej kanapce. Mówiłem: Józek, ty wykitujesz. On mnie uspokajał: Wytrzymam. Po kilku dniach został wysłany do lekarza, a ten, widząc jego stan, skierował go do specjalisty partyjnego. Był nim młody lekarz, który stwierdził, że mój kolega został zagłodzony. Skierował go do pracy w ogrodzie u swojej ciotki, która miała tylko trzy krowy. Dał nawet Józkowi pieniądze na przejazd pociągiem.

Na nowym miejscu traktowano Józka jak człowieka, z kolei ja zaś byłem u kresu sił. Wiedziałem o jego sytuacji, ponieważ pracowaliśmy niedaleko od siebie, w odległości 5 km, i spotykaliśmy się od czasu do czasu. Na miejsce Józka frau otrzymała robotnika niemieckiego, który nie chciał doić krów. Gdy ja również odmówiłem wykonywania tej pracy, gospodyni rzuciła się na mnie ze szczotką. Aby ją uspokoić, chwyciłem ją za klapy i po chwili uciekłem do sołtysa, aby poprosić go o pomoc. Jego żona spytała – Jadłeś kolację? Ją wszyscy znają z tego, że znęca się nad jeńcami - dodała.

Dzięki jej wstawiennictwu sołtys skierował mnie do pracy w Wistedt, na gospodarstwie frau Benken. Co drugi dzień ładowałem na wóz bańki z mlekiem i woziłem je do mleczarni. Tam musiałem dostosować się do szybkości przesuwu na wałkach i opróżnić je wszystkie w czasie zaledwie 10 minut. Nadzorca ponaglał mnie kopniakami. Bańki były 20 litrowe, a ich ostre kanty kaleczyły mi dłonie. Były ponumerowane i nie można było ich ustawiać dowolnie. Zimą po tym wysiłku pot wysychał na mnie na mrozie. O dziwo, tylko dwa razy złapałem katar. Pracowałem u frau Benken do 16 kwietnia 1944; następnie u Heinricha Stemmanna W Heidenau do 21. sierpnia 1944 roku, a ostatnim moim pracodawcą był Hans Egon Heerdes z Konigsmoor, u którego dotrwałem do końca wojny. Warunki pracy były lepsze i gorsze, ale przez cały ten czas czułem się jak niewolnik.

Kazimierz Ziemianek, Łukta, marzec 2007 rok

Komentarz 1.
W roku 1931 w Polsce żyło 20,7 miliona katolików wyznania rzymskiego i ormiańskiego, 3,8 mln wyznawców prawosławia, 3,3 mln grekokatolików, 3,1 mln wyznawców judaizmu i 0,8 mln protestantów. Ciekawe jest to, że Żydzi nie byli uznawani za mniejszość narodową, ale za obywateli polskich wyznających judaizm. Dlatego nauczanie w szkole w Wojsławicach, do której uczęszczał autor wspomnień, prowadzone było w języku polskim, podobnie jak w szkołach na terenie całego kraju. Poziom analfabetyzmu województwie lubelskim wynosił wówczas 24,6% i był zbliżony do średniej krajowej – 23,1%.

Komentarz 2, autorstwa Jana Dąbrowskiego
Wspomnienia ś.p. Kazimierza Ziemianka są niezwykle cenne. Miałem ogromne szczęście, że zechciał on je przekazać do mojej książki. Szkoda, że nie doczekał odkrycia dokonanego w niedalekim Komorowie, gdzie podczas prowadzenia wykopów pod fundamenty budynku Fermy Hodowli Ryb Szlachetnych odsłonięto bardzo płytko zakopane szkielety mężczyzn, kobiet i dzieci z przestrzelonymi czaszkami (do obozów pracy ściągano nawet chłopców w wieku 12 lat). W tym zbiorowym grobie nie było żadnych ubrań; najwidoczniej oprawcom zależało na tym, aby nie można było określić narodowości zamordowanych ludzi. Mogli to być Polacy, gdyż na dawne Prusy Wschodnie sprowadzano pracowników przymusowych (a także jeńców) z regionu białostockiego. Wypowiadałem się na ten temat w Gazecie Olsztyńskiej. Z pewnością dużo więcej na ten temat mógłby wówczas powiedzieć pan Kazimierz, ale niestety już nie żył. Komorowo, w którym znajdował się skoszarowany obóz pracy, wchodziło w skład Zespołu PGR Ramoty, gdzie p. Kazimierz przez długie lata pracował w administracji.

Uwagi Redakcji
W niedalekich Zawadach w pobliżu Starych Jabłonek powojenne władze powiatu ostródzkiego zleciły postawienie pomnika w miejscu, gdzie konwojenci niemieccy w nocy z 20 na 21 stycznia 1945 roku rozstrzelali grupę jeńców wojennych z tzw. Obozu Przejściowego z Działdowa. Zdaniem naszej redakcji na miejscu kaźni w Komorowie lub w pewnym oddaleniu od tego miejsca (może we wsi) powinien stanąć krzyż z tablicą upamiętniającą anonimowe ofiary zbrodni. Propozycję naszą zostawiamy do przemyślenia naszym samorządowcom i władzom kościelnym.

 

22. Gloria in excelsis Deo! – Chwała Panu na wysokościach. Chwała tym, którzy powołali do życia parafię w Łukcie.


Powitanie obrazu NMP

W numerze 11/2016 naszego pisma pisaliśmy o bardzo trudnych początkach życia religijnego w Łukcie. Pierwszy proboszcz naszej niezależnej parafii, ksiądz Alojzy Golubski napisał w roku 1957 w kronice kościelnej, że jego świątynia została w 1945 sprofanowana, zniszczona i opuszczona. Pisaliśmy także, że miejscowe władze przez wiele lat ograniczały możliwości uprawiania praktyk religijnych. Sytuacja zmieniła się dopiero po październikowej odwilży z 1956 roku po wyjściu Władysława Gomółki z więzienia i zrehabilitowaniu go w roku 1957. W międzyczasie Gomółka doprowadził do uwolnienia kardynała Stefana Wyszyńskiego, który w grudniu 1956 roku powrócił do Warszawy. Przed wyborami do sejmu w 1957 roku episkopat na czele z kardynałem poparł Władysława Gomółkę i wezwał Polaków do udziału w głosowaniu. Kardynałowi leżało na sercu dobro Kościoła w całym kraju, a szczególnie na tak zwanych „terenach odzyskanych”, na których osiedlili się przybysze z Kresów Wschodnich, Mazowsza, z Poznańskiego, ze Śląska itd. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że przede wszystkim wiara rzymsko katolicka, przy jednoczesnym poszanowaniu mniejszości religijnych, może zjednoczyć sponiewierany wojną naród.


Ks. Ludwik Białek

Ksiądz Ludwik Białek, który objął parafię w Łukcie 10 marca 1958 roku, wyremontował wnętrze, dach kościoła, ołtarz, chór i ambonę. Szczególnie trafną decyzją tego kapłana, inspirowanego zapewne przez przełożonych, było sprowadzenie do Łukty 12 kwietnia 1959 roku pięknego obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej namalowanego przez Bolesława Rutkowskiego. Ten wybór nie był przypadkowy – na Kresach Wschodnich (Matka Boska Ostrobramska, Matka Boska Nowogrodzka itd.) a także w wielu innych regionach Polski Matka Boża przyciągała tłumy wiernych.


Parafianie z gminy Łukta

I pomyśleć, że w mocno zlaicyzowanej początkowo Łukcie powstał silny ośrodek wiary katolickiej, na tyle silny, że stał się on siedzibą dekanatu liczącym pięć parafii: parafia MB Częstochowskiej - Łukta, parafia św. Antoniego - Florczaki, parafia św. Jana Ewangelisty – Nowe Kawkowo, parafia Narodzenia NMP – Skolity i parafia św. Marii Magdaleny – Wrzesina. Chwała tym, którzy tego dokonali.

Szkoda tylko, że bez echa przeszła 60-ta rocznica powołania do życia niezależnej parafii rzymsko katolickiej w Łukcie.


Kardynał Stefan Wyszyński w Ostródzie,
z prawej bp. Tomasz Wilczyński,
z lewej ks. Józef Mańkowski

29 kwietnia 1958 roku tłumy wiernych z Olsztyna, Ostródy i okolic powitały prymasa Polski w Gietrzwałdzie przy specjalnie dla niego zbudowanej bramie. Z tamtych dni pochodzi też powyższe zdjęcie. O kardynale opowiedział mi stojący obok niego ksiądz Józef Mańkowski, który w ostródzkim „Ogólniaku” uczył nas religii. Widujemy się co jakiś czas na spotkaniach absolwentów. Młodziutki Józef wraz z grupą ministrantów przy parafialnym kościele św. Pawła w Lublinie miał okazję spotkać się z przyszłym prymasem Polski, wówczas biskupem lubelskim. A że wszyscy oni ubrani byli w purpurowe szaty, to biskup zwrócił się do nich ze słowami: „Witam was, moi kardynałowie”. Ksiądz Józef, obecnie emeryt obdarzony ogromnym poczuciem humoru, twierdzi, że „objawił” swoim kolegom w Lublinie po owym spotkaniu następującą wieść: „To on zostanie kardynałem”. Według niego kardynał Stefan Wyszyński był człowiekiem ciepłym, uprzejmym ale stanowczym i wytrwałym. Świetnie znał marksizm. Któregoś dnia odwiedził w szpitalu ciężko chorego pacjenta, wyznawcę tej ideologii. Podczas spokojnej, ale bardzo rzeczowej dyskusji przekonał go do wyspowiadania się z grzechów i przyjęcia komunii. Z pewnością takich nawróceń było bardzo wiele. Ksiądz Józef Mańkowski odbył studia w Seminarium w Olsztynie razem z księdzem Józefem Molitorisem, który objął parafię Łukta 16 czerwca 1961 roku w obecności księdza dziekana Wacława Hipsza oraz ustępującego ze stanowiska ks. Ludwika Białka.


Ks. Inf. Wacław Hipsz i bp. Tomasz Wilczyński;

z dziećmi z prawej s. Irena

Bardzo wielki wkład w zorganizowanie i podniesienie na odpowiednio wysoki poziom życia religijnego w parafii łukciańskiej wnieśli biskup olsztyński Tomasz Wilczyński oraz ksiądz infułat Wacław Hipsz z Parafii Niepokalanego Poczęcia NMP z Ostródy. Dekretem prymasa Polski z 1 grudnia 1956 roku biskup Wilczyński został mianowany ordynariuszem Diecezji Warmińskiej. To on ustalił nowy podział administracyjny tej diecezji na dekanaty. Z kolei ksiądz infułat Wacław Hipsz sprawował bezpośredni nadzór nad naszą parafią.

do góry

Jan Dąbrowski

 

Wojsławice były



Kalendarz wydarzeń

02 Czerwca 2018

Gminne Zawody Strażackie - festyn - stadion

03 Czerwca 2018

DZIEŃ DZIECKA - plac przed GOK-iem

07 Lipca 2018

DNI ŁUKTY

01 Września 2018

DOŻYNKI GMINNE

28 Października 2018

KONCERT JESIENNY

30 Listopada 2018

ANDRZEKI DLA DZIECI

06 Grudnia 2018

MIKOŁAJKI

02 Maja 2018

MAJÓWKA

09 Marca 2018

KONCERT 17:00

08 Marca 2018

DZIEŃ KOBIET

24 Lutego 2018

KAZIUKI WILNIUKI

13 Lutego 2018

Warsztaty kosmetyczne

02 Lutego 2018

BAL KARNAWAŁOWY

26 Stycznia 2018

TEATR - REFLEKTANKI -18:00

22 Stycznia 2018

POCZĄTEK FERII ZIMOWYCH

14 Stycznia 2018

WOŚP - finał

więcej >



Projekty

Sesje Rady Gminy

Majówkowa Wycieczka Rowerowa

Turniej Gier Komputerowych

Konkurs Plastyczny

comode secure icon


"Europejski Fundusz Rolny na rzecz Rozwoju Obszarów Wiejskich: Europa inwestująca w obszary wiejskie."
Operacja mająca na celu utworzenie Punktu Informacji Turystycznej - źródła wiedzy o gminie Łukta
współfinansowana jest ze środków Unii Europejskiej w ramach działania Wdrażanie Lokajnych Strategii Rozwoju.
Program Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2007-2013.


"Europejski Fundusz Rolny na rzecz Rozwoju Obszarów Wiejskich: Europa inwestująca w obszary wiejskie."
Operacja mająca na celu Zakup sprzętu nagłośnieniowego dla Gminnego Ośrodka Kultury w Łukcie
współfinansowana jest ze środków Unii Europejskiej w ramach działania Wdrażanie Lokalnych Strategii Rozwoju.
Program Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2007-2013.

Gminny Ośrodek Kultury w Łukcie, adres: ul. Kościelna 2B, 14-105 Łukta, godziny otwarcia: 09:00 - 19:00,
nr tel. GOK: +48 (89) 646 64 64, dyrektor: +48 (89) 642 16 20, kino: +48 508 006 019, e-mail: gok@goklukta.pl Jesteśmy na Facebook-u
autor: Grzegorz Malinowski

Comodo SSL